(tłum. Klątwa Ju-on)
rok premiery: 2002
produkcja: Japonia
reżyseria: Takashi Shimizu
scenariusz: Takashi Shimizu
gatunek: horror
moja ocena: 7/10
Być może niewielu z miłośników współczesnego horroru w momencie, w którym w TV puszczano Klątwę (The Grudge), a był to rok 2004, zdawało sobie sprawę, że jest to remake. I być może wielu z nich właśnie w ten sposób wyobrażało sobie japońskie horrory, mimo że The Grudge była produkcji USA-Japonia, a główną rolę w filmie zagrała Sarah Michelle Gellar. Zwrócę honor tym, którzy japoński horror kojarzyli jeszcze z Kręgiem (oby tylko nie tym z 2002 roku!). Jednak nie będę teraz oceniać, czy remake Klątwy był udany, ani naigrywać się z nieuświadomionych widzów. Chcę pisać o Klątwie Ju-on, pierwowzorze amerykańskiej Klątwy, tyle że bez stosowania porównań (co pewnie zrobię w przypadku omawiania remake'u). Klątwa Ju-on jest horrorem niesamowitym, prawdziwie japońskim. Mamy tu i duchy, i osadzenie w japońskiej codzienności, jak i liczne niedopowiedzenia, które sprawiają, że film wydaje się dość metafizyczny oraz poetycki.
ZARYS FABUŁY
Wydarzenia kręcą się wokół jednej historii, którą poznajemy z różnych perspektyw (z perspektywy kilku osób). Młoda wolontariuszka pomocy społecznej podczas wizyty w domu jednej z podopiecznych znajduje ukryte w szafie dziecko. W domu dzieje się coś niepokojącego. Gdy Rice udaje się stamtąd wydostać, dowiaduje się, że popełniono tam niegdyś straszną zbrodnię i teraz nad domem ciąży klątwa.



CZEGO SIĘ BAŁAM?
Czarnej postaci z korytarza. Pełzającej zjawy z długimi czarnymi włosami, która potrafiła znaleźć się nagle pod Twoją kołdrą! Czyjejś ręki na karku. Japońskie horrory poprzez swój metafizyczny wymiar, straszą samymi detalami. Atmosferą. Spokojem, zrównoważeniem, które zostają zachwiane. Nie trzeba dużej ilości krwi, ani makabrycznych scen. Muzyka, nastrój, skupienie na szczegółach sprawiają, że widz traci czujność, albo tę czujność musi mieć bardzo wyostrzoną. I gdy w tej łagodnej, ale wciąż napiętej atmosferze (bo przecież zaraz pewnie coś się zdarzy) nagle pojawiają się czyjeś wyłupiaste oczy, to jest to w stanie tego widza naprawdę przestraszyć.
ŚWIETNY MOTYW
Podobało mi się to, że w filmie chyba ani razu nie padło słowo "klątwa". W zasadzie nie ma w nim żadnych znaczących dialogów. Wszystko dzieje się na oczach widza, a mimo to niczego nie trzeba dopowiadać, roztrząsać. Mając w pamięci Krąg z 1998 roku, gdzie wszystkie niepokojące zjawiska zostały omówione, a wytłumaczenia niemal podane na tacy, to całkiem miła odmiana. Podobała mi się też pewna surowość obrazu i silne nastawienie na detale przestrzeni. Pewnego ożywienia dodała filmowi konwencja krótkich etiud, które składały się na obraz całościowy.
CO NIE WYSZŁO?
Trudno powiedzieć. Film trochę się dłużył. Przez jakąś chwilę wydał mi się również nieco przynudnawy i płaski, ale to wrażenie szybko minęło.
PRZEMYŚLENIA
Atmosfera w Klątwie Ju-on jest dziwnie przygaszona, tępa, jakby wszystko działo się na ściszonym dźwięku, a dopiero krzyk budził film do życia. Bardzo podobała mi się architektura — otoczenie nawiedzonego domu, wielkie okna, mieszkania, do których wchodziło się z tarasu.
DLA KOGO TEN FILM?
Stanowczo dla fanów japońskiego, nieco lirycznego kina (szczególnie kina grozy), a także dla tych, którzy lubią oglądać pierwotne wersje filmów, a nie same remake'i, niezależnie jak dobre. No i dla miłośników duchów i nawiedzonych domów.
* okładka na górze wpisu:filmweb.pl
** zdjęcia wewnątrz wpisu: Print Screeny z filmu
